
![]()
Przywódcy Powstania:
Leon Feldhendler i Aleksander (Sasza) Aronowicz Peczerski.


14 października był ciepłym, słonecznym dniem. Nic nie zakłócało normalnego obozowego rytmu. Tylko niewielka grupa więźniów wiedziała, że miał to być dzień decydujący. SS-Oberscharführer Bauer pojechał do Chełma po zaopatrzenie. Reszta hitlerowców zajęła się swoimi codziennymi sprawami.
Ponieważ SS-Hauptsrurmführer Reichleitner był nieobecny, obowiązki komendanta pełnił SS-Untersturmührer Niemann i to on miał być pierwszym zabitym. Arkadi Wajspapier i Yehuda Lemer, uzbrojeni w siekiery, czekali ukryci za parawanem w warsztacie krawieckim.
Niemann podjechał na swoim białym koniu kilka minut wcześniej. Dreszer, młody Putzer, podbiegł by podtrzymać konia. Niemann wszedł do warsztatu krawieckiego z uśmiechem na twarzy. Mundek był gotowy, stal trzymając w ręku nowo uszyty mundur. Niczego nie podejrzewający, pewny siebie Niemiec odpiął pas z pistoletem w kaburze i niedbale rzucił na stół.
Mundek, jak przystało na krawca poklepywał, przesuwał i obracał Niemanna na wszystkie strony. W końcu kazał mu się wyprostować i stanąć bez ruchu, a sam udawał ze znaczy kredą poprawki. Wtedy Arkady uderzył. Hitlerowiec krzyknął i zachwiał się, Lemer poprawił i SS-man padł jak powalone drzewo. Nieoczekiwanie nerwowo nie wytrzymał stojący obok czapnik Chaskiel Menshe zaczął dźgać martwe ciało nożycami, cały czas histerycznie wykrzykując imiona swojej żony i dzieci zabitych w Sobiborze. Nie można był go powstrzymać. W końcu zakneblowanego zamknięto go w komórce Ciało Niemanna zaciągnięto do drugiego pokoju, a zakrwawioną podłogę wyczyszczono i wytarto szmatami. Koń stojący na dworze zadrżał jakby wyczuł coś złego. Dreszer odprowadził go do stajni. Arkady ruszył do kwatery Saszy i zaniósł mu pierwszy zdobyty pistolet. Uścisnęli się. Klamka zapadła, teraz nie było już drogi odwrotu.
O 16:15 Oberscharführer Graetschus, Niemiec odpowiedzialny za ukraińskich strażników, przyszedł do warsztatu szewskiego, aby odebrać swoje zamówienie. Yitzhak poprosił go, aby usiadł. Zaczął pomagać siedzącemu Graetschusowi w zdejmowaniu butów. Nowe buty czekały obok na przymiarkę. Kiedy Yitzhak trzymał nogę Niemca w silnym uchwycie, udając, że ściąga but, z drugiego pokoju wynurzyli się Arkady Wajspapier i Yehuda Lemer. Siekierą rozpłatali hitlerowcowi czaszkę. Ledwie szewcy zdążyli ukryć ciało, gdy do warsztatu wszedł zastępca Graetschusa, Ukrainiec Klatt, wołając szefa do telefonu. Klatt został również zaatakowany i zabity. Konspiratorzy liczyli na niemiecką punktualność i nie zawiedli się. Co się w tym czasie działo w Lagrze II opowie fragment mojego dziennika:
Wykopałem spod śmieci duży składany nóż z rączką z masy perłowej i hebrajską inskrypcją: „Kosher Shel Pesach" (koszerne na święto Paschy). Wiele takich noży można było znaleźć w bagażach transportów holenderskich. Wepchnąłem nóż za pasek i ruszyłem na wyznaczone miejsce. Minąłem 14-letniego Fibsa, brata Abrama, zabitego przez Wagnera. Chłopak stał na baczność informując Unterscharührera Josefa Wolfa, że nowy płaszcz skórzany, dokładnie jego rozmiaru, został specjalnie dla niego odłożony w magazynie męskim (*). Niewysoki, chudy i ciemnowłosy Unterscharführer złapał przynętę i nie wahając się ani chwili ruszył w kierunku magazynu, znikając w ogromnym, drewnianym baraku.
Tymczasem w jednej z wielu przegród magazynu, kilku „specjalnych" niewolników układało przy ścianie pakunki, składające się z 10, związanych razem sztuk ubrań. Z boku leżała przynęta - błyszczący, czarny płaszcz skórzany. Wszedł Wolf. „Baczność" szczeknął Bunio. Więźniowie zamarli. „Pomóc Panu Unterscharführerowi z płaszczem!", krzyknął kapo. Więzień przyniósł płaszcz i podtrzymał go dla Niemca. Wolf włożył ręce do rękawów i w ułamku sekundy scenariusz uległ zmianie. Ręce uwięzione w rękawach płaszcza i pociągnięte do tylu jak w szpitalnym kaftanie bezpieczeństwa dla furiatów, obezwładniły go. Cybulski uderzył z rozmachem siekierą i Niemiec upadł. Więźniowie dobili go nożami i martwe ciał zostało ukryte pod stosami ubrań ofiar. Krew na ziemi zasypano piaskiem.
Egzekucje w Lagrze II rozpoczęły się i zasadzka czekała na następnego hitlerowca. Razem z Fibsem poszedłem ściągnąć następnego Niemca. Kiedy wywrotki, tym razem wypełnione racjami żywnościowymi przyjeżdżały do Lagru III, zamachaliśmy do kierowcy, SS-Unterscharührera Vallastera, i powiedzieliśmy mu, że Wolf pilnie go potrzebuje. Niemiec poszedł, aby zginać od siekiery. Teraz wywrotki wąskotorowe stały unieruchomione blisko magazynu. Pomyślałem wtedy, że powinienem zaopatrzyć się w jedzenie i wypchałem kieszenie konserwami. Mój przyjaciel Karol ironicznie zauważył: „Toivi, ty jesteś całkowicie pewny, że przeżyjesz". Skinąłem głową.
Łączność między uczestnikami powstania była utrzymywana dzięki młodocianym kurierom. Meldowali o rozwoju sytuacji w Lagrach I i II. Wszystko szło zgodnie z planem.
Plan zabicia Oberscharführera Beckmana początkowo nie powiódł się. Zwabiony przeze mnie, esesman Beckmann ruszył w stronę magazynu. Tuż przy drzwiach zatrzymał się, zawahał i odwrócił bez słowa, po czym poszedł w kierunku budynku administracji.
Powiadomiony o tym Sasza szybko zorganizował drugą grupę, składającą się z Leona (nazwisko nieznane) i Hersza Pożyckiego, młodszego brata kapo. Grupa była przygotowana do nowego ataku na Beckmana.
Beckmann był sam w swoim biurze. Pomimo to, jak w innych sytuacjach, bardzo ważne było zaskoczenie. Hersz zapukał do drzwi i zapytał czy może wejść, prosił o wyjaśnienie jakichś wątpliwości. Weszli po otrzymaniu zgody. Spodziewając się tylko jednej osoby, Beckman wydawał się zaniepokojony. Nieproszeni goście natychmiast przystąpili do działania. Zaskoczony Niemiec nie zdążył zareagować. Hersz unieruchomił go chwytem za głowę a Chaim pchnął go kilka razy nożem w pierś, za każdym razem głośno wołając imię członka rodziny zamordowanego w Sobiborze. Ostrze noża zsunęło się z żebra Beckmana, raniąc Chaima w lewa rękę. Na chwilę przed śmiercią ciężko rannemu Niemcowi udało się wyrwać, krzyknął i upadł martwy. Hersz wziął rewolwer Beckmana. Zostawili Niemca leżącego za biurkiem. W pokoju obok na podłodze leżało ciało SS-Scharführera Vallastera.
Cybulski wrócił do Lagru I krótko przed 17:00 i zameldował, że udało się usunąć czterech Niemców z Lagru II: Wolfa, Beckmanna, Vallastera i Steubla. Szubajew zameldował, że linia telefoniczna została przecięta.
Nieoczekiwany zbieg okoliczności zakończył się śmiercią jeszcze jednego Niemca. SS-Unterscharführer Walter Ryba zabłąkał się do garażu samochodowego w części garnizonowej, gdzie został zabity. Ta akcja była nieco ryzykowna, ponieważ garaż znajdował się w pobliżu kwater SS.
Tymczasem Shlomo Szmajzner zabrał z swojej pracowni blacharskiej rury do piecyków i skierował się w stronę baraków dla strażników. W rurach chciał przemycić ukradzioną broń, którą miał zamiar znaleźć w barakach. Większość strażników ukraińskich była na służbie w terenie, razem z pracującymi więźniami. Shlomo miał nadzieję, że pozostali Ukraińcy, zamiast siedzieć w upalnym dniu w baraku zabawiają się z prostytutkami na zewnątrz obozu. Wiedział, że nie będzie miał problemów z dotarciem do baraku - jako blacharz był często wołany do naprawy dachów, pieców i tym podobnych. Szlomo bał się, ale był zdeterminowany.
Sprawdzając barak zauważył karabiny i pasy wojskowe, których torebki amunicyjne wypełnione były kilkoma tylko nabojami. Zaczął nerwowo upychać karabiny w rurze. Jednak otwarty zamek uniemożliwiał ten zabieg. Dla kogoś obeznanego z karabinami zamknięcie zamka byłoby kwestią sekund, ale Shlomo trzymał karabin w ręku po raz pierwszy w życiu. Nie ustawał w wysiłkach, aż wreszcie udało mu się wepchnąć do rury dwa karabiny, obok położył trzeci karabin i wszystko to obwinął kocem i, jak poprzednio, minął bez problemu straż na bramie do Lagru I.
Z głównej wieży w środku Lagru II dotarł dźwięk trąbki obwieszczającej koniec dnia pracy. Grupy więźniów wracały na plac główny sektora I, i znowu marszowe piosenki, śpiewane w jidysz, po niemiecku, polsku, holendersku, ukraińsku i rosyjsku odpowiadały echem daleko, ponad drutem kolczastym, w lesie Sobiboru.
Wszystko wyglądało podobnie jak każdego innego dnia. Masa więźniów, zupełnie nieświadomych tego, co miało się stać, ustawiała się jak zwykle na placu w Lagrze I, w długiej kolejce po „kawę" i chleb. O ich życiu lub śmierci miały zdecydować najbliższe minuty. Operacja, zaplanowana i przeprowadzona w absolutnej tajemnicy, przebiegała jak w zegarku.
W tym momencie niespodziewanie pojawił się na placu SS-Unterscharführer Friedrich Gaulstich. Nie tracąc zimnej krwi, Leitman natychmiast poprosił go o przyjście do nowo wybudowanego baraku, gdzie rzekomo są jakieś problemy z pryczami. Niemiec złapał przynętę, ale za nim ruszył Główny kapo Schmith, uważany za niegodnego zaufania. Pożycki, wracający ze swoją grupą z Lagru IV, zauważył niebezpieczeństwo i przystąpił do szybkiej interwencji. Od tej chwili był pod obserwacją. Podchodząc do Schmitha od tyłu, wyszeptał od niechcenia: „nie idź dalej, nie mieszaj się”. Gdy Gaulstich wszedł do baraku, jego los był przypieczętowany. Zginął od uderzenia siekierą. Począwszy od godziny 16:00, przeciętnie, co sześć minut ginął jeden Niemiec.
Pozostał poważny problem. W warsztacie stolarskim czekał na Frenzla Siemion Rosenfeld z siekierą. Jednak nie można było go nigdzie znaleźć. Frenzel był jednym z głównych oprawców Sobiboru, Był bardzo groźny. Dłuższa zwłoka mogła prowadzić do utraty elementu zaskoczenia - największej i najważniejszej broni, jaką dysponowali więźniowie. Za kilkanaście minut personel niemiecki zbierze się na wieczorny apel. Niemcy, którym udało się uniknąć pułapki i przeżyć, na pewno zauważyliby nieobecność swoich towarzyszy i wszczęliby alarm.
Na rozkaz Saszy Pożycki zagwizdał na apel. Chociaż było 15 minut za wcześnie, decyzje autorytet kapo nie podlegały dyskusji i więźniowie zaczęli się schodzić.
Nieukrywane już wiadomości rozchodziły się lotem błyskawicy. Stojąc w kolumnie zobaczyłem Żydów wracających do baraków, gdzie wyciągali z ukrycia białe szale modlitewne (talesy) i zgromadzali koło kuchni recytowali "Kadysz" (modlitwę za zmarłych), kołysząc się w przód i w tył w sposób, jaki widziałem u modlących się w synagodze ortodoksyjnych Żydów. Nie byli w stanie wyobrazić sobie ratunku i wyzwolenia, modlili się za umarłych - za siebie. Wierzyli, że wszystko jest w rękach Boskiej Opatrzności. Patrzyłem na nich zdumiony (teraz, po latach, wiem, że to oni właśnie byli bohaterami, że w ostatnich chwilach życia pokazali siłę ich wiary). Innych widziałem kręcących się w bezładzie. Stary krawiec będący tu z dwoma córkami wykręcał w desperacji palce, chodził tam i z powrotem mówiąc do siebie: „Po co nam to? Moglibyśmy żyć kilka tygodni dłużej. Teraz to już koniec".
Kilku młodych mężczyzn siedziało na materiałach budowlanych. Rozpoznałem wśród nich twarz jednego z moich przyjaciół, który od dwóch dni chorował. Możliwe, więc, że była to grupa chorych i słabych Żydów. Wydawali się być zrezygnowani, jakby pogodzeni ze swoim losem. Oczywiste było, że zdecydowali się zostać, woleli odejść od świata gdzie, jak się wydawało, wszyscy ich nienawidzili. Inni żegnali się z przyjaciółmi i rozglądali się za stosowną bronią. Na środku podwórza gromadziło się coraz więcej podnieconych ludzi.
SS-Oberscharführere Bauer, wracający ciężarówka z Chełma wziął do wyładowywania samochodu dwóch więźniów, Jakuba Biskubicza i Dawida. Podczas wyładowywania skrzyń z wódką, jeden ze strażników zajrzał do biura i zauważył martwego Niemca. Ukrainiec przybiegł krzycząc do Bauera: Deutsche kaput! (Niemiec nie żyje!). Bauer zareagował natychmiast strzelając do swych robotników. Spisek został odkryty.
Dawid został zastrzelony, natomiast Jakubowi udało się uciec. Korzystając z zamieszania i wrzawy zdołał ukryć się w krzakach. Nocą wspiął się do opustoszałej wieży strażniczej i przeskoczył na wolność. Był on prawdopodobnie ostatnim zbiegiem z obozu śmierci Sobibór (**).
Sasza, słysząc wystrzały zrozumiał, że stało się coś złego. Usiłował uformować kolumnę i maszerować w stronę bramy głównej, jak ustalono w pierwotnym planie. Ale teraz wszystko się zmieniło. Wskoczył na stół i wygłosił krótka mowę po rosyjsku, swym ojczystym języku. Nie była to heroiczna, pełna werwy i animuszu przemowa, jaka można usłyszeć w filmach wojennych. Sasza był opanowany, mówił wolno, wyraźnie i głośno, aby każdy mógł go usłyszeć. Powiedział, że większość Niemców w obozie zostało zabitych. Nie ma odwrotu. Straszna wojna wyniszcza świat i każdy więzień jest częścią tej walki. Przypomniał wszystkim o potędze jego ojczyzny, Związku Sowieckiego, i obiecał, że żywi czy umarli, będą pomszczeni, tak jak pomszczona będzie tragedia całej ludzkości. Powtórzył dwa razy, że ci, którym jakimś cudem uda się przeżyć tą wojnę, powinni zawsze dawać świadectwo tej zbrodni. Zakończył zawołaniem: „Naprzód, Towarzysze! Za Stalina! Śmierć faszystom!" (***)
Karabiny na wieżach jeszcze milczały. Prawdopodobnie strażnicy z oddalenia wzięli gorączkowe poruszenie na placu za normalny stan przed apelem, kiedy najmniejsze naruszenie przepisów było surowo karane. Ale więźniowie, pochodzący z różnych krajów i mówiący różnymi językami, zrozumieli. Spomiędzy zgromadzonej grupy Żydów dał się słyszeć pojedynczy, niezwykły i niecierpliwy głos: „NAPRZÓD! HURA! HURA!". W oka mgnieniu cały obóz rozbrzmiał pełnym buntu krzykiem.
Większość więźniów spontanicznie podzieliło się na dwie grupy. Mniejsza grupa zaczęła szturmować ogrodzenia Lagru I, z szaleńczym zapamiętaniem przecinając siekierami i łopatami drut kolczasty, nie zwracając uwagi na pociski z wież strażniczych. Rzucano deski mające zdetonować miny. Większa grupa, uzbrojona w szeroki asortyment broni, przebijała się uparcie w kierunku bramy głównej. W tym momencie jeden z komendantów plutonu straży, Volksdeutsche Schreiber, przypadkiem usiłował przejechać na rowerze przez bramę. Nie zdając sobie sprawy z tego, co się działo, krzyknął: „Dlaczego pchacie się jak bydło?". Gdy zrozumiał sytuację, było już za późno. Został natychmiast otoczony, zrzucony z roweru i zakłuty nożami. Jego pistolet stał się zdobyczą więźnia. Kilka metrów dalej, inny strażnik był w widocznym szoku: trzymał bez celu w rękach karabin, sprawiał wrażenie jakby nie wiedział, co z nim zrobić i kręcił się w kółko wokoło swojej osi ja nakręcona mechaniczna zabawka.
Grupa 50 rosyjskich Żydów i około 10 polskich Żydówek kobiet spóźniła się na apel. Wracali marszem z Lagru IV pod eskortą SS-Scharführera Wendlanda i ukraińskich strażników, kiedy usłyszeli strzały. Widząc biegnących więźniów zrozumieli, co się dzieje. Rzucili się na strażników, zyskując początkowo przewagę, ale potem zostali wprost zalani pociskami z wieży. Większość z nich, trafiona śmiertelnymi strzałami, upadła. Kilku biegło w stronę bramy, trzymając w rękach swoje narzędzia pracy i karabiny zabrane strażnikom. Przyłączyli się do ataku na skład broni.
Sasza Peczerski pisał w swoich wspomnieniach, że nie wiedział o ataku na magazyn broni. Jednak dokumenty niemieckie opisują to wydarzenie. SS-Oberscharführer Wemer Dubois, odpowiedzialny za magazyn broni, potwierdził szturm w swoim zeznaniu w procesie sądowym w Hagen:
Po południu, w dzień powstania, byłem w magazynie z bronią z kilkoma ukraińskimi strażnikami. Drzwi były otwarte. Zobaczyłem grupę więźniów żydowskich zbliżających się z siekierami do magazynu. Pomyślałem, że to zwyczajna grupa robotników. Grupa, składająca się pięciu czy sześciu mężczyzn, minęła magazyn. Obeszli magazyn naokoło, wpadli do magazynu i zaatakowali mnie siekierą. Uderzyli w głowę. Następne uderzenia siekiery zraniły mi ręce. Pomimo odniesionych ran, udało mi się wyrwać i uciec. Po przebiegnięciu około 10 metrów zostałem postrzelony w klatkę piersiową i straciłem przytomność (****).
Widząc Żydów z bronią, pozostali esesmani wycofali się i schowali za barakami. Pojawił się Frenzel z pistoletem maszynowym Zmobilizował oszołomionych strażników i udało im się skutecznie zablokować wyjście przez główna bramę. Wielu więźniów zginęło na tym terenie.
W swoim pamiętniku w następujący sposób opisałem ucieczkę:
Pozostali żywi Niemcy - Bauer, Richter, Frenzel, Wolf, Floss, Rewald, Wendland. i kilkunastu ukraińskich strażników którzy początkowo byli w szoku - teraz zablokowali bramę główną, gdy nowa fala zdeterminowanych więźniów znowu napierała na bramę w samobójczym szturmie.
W zamieszaniu znalazłem się z małą grupą: Sasza, Shlomo, Sender i jeszcze jeden mężczyzna uzbrojony w siekierę, między ogrodzeniami w korytarzu dla patrolujących Ukraińców. Szczęśliwie ominęliśmy w ten sposób, dwa ogrodzenia z drutu kolczastego i dół z wodą, które były już za nami. Zatrzymaliśmy się. Ktoś usiłował wyciąć łopatą otwór w prowadzącym na wolność ostatnim ogrodzeniu. Sasza, uzbrojony w pistolet czekał bezczynnie podobnie jak reszta. Tylko Shlomo Szmajzner spokojnie strzelał ze swojego karabinu, i to jemu udało się uciszyć strażnika na wieży. Pamiętam swój podziw dla jego opanowania i zimnej krwi. Po paru minutach przybyło więcej Żydów.
Dziura w płocie zrobiona. Pod gradem lecących na nas pocisków nie mogliśmy się doczekać przejścia przez zrobiony wreszcie otwór i niektórzy zaczęli się wspinać na ogrodzenie. Chociaż planowaliśmy wysadzanie min przy pomocy cegieł i kawałków drewna, to w końcu większość nie zrobiła tego. Nie mogliśmy dłużej czekać; woleliśmy nagłą śmierć niż jeszcze jedną chwilę w tym piekle. Przyszła moja kolej, aby przejść przez dziurę w drutach. Nagle, będąc już prawie na zewnątrz, płot się zawalił i przygniotła mnie masa ludzkich ciał. To prawdopodobnie uratowało mi życie. Leżąc pod drutami, deptany przez pędzący w panice tłum, widziałem eksplodujące miny. Zdałem sobie sprawę, że gdybym przedarł się przez ogrodzenie wcześniej, zginąłbym razem z innymi.
Wszędzie leżały ciała. Powietrzem wstrząsały wybuchy eksplodujących min i granatów. W uszy wdzierał się nieznośny jazgot broni maszynowej. Hitlerowcy strzelali z oddali, w naszych rękach były tylko prymitywne noże i topory. Największe straty w ludziach powodowali ukraińscy strażnicy na wieżach, w większości wierni Niemcom, chociaż jak się później dowiedziałem, niektórzy z nich zdezerterowali.
Fala uciekinierów minęła mnie, leżałem pod drutami między ciałami zabitych i rannych. Usiłowałem się wyrwać, ale trzymał drut kolczasty, wdeptany przez masę pędzących w panice stóp w mój płaszcz i nie pozwalał na żaden ruch. Czy to już koniec? Nie chciałem umierać. Nagle przyszedł mi do głowy pomysł stosunkowo łatwy do zrealizowania. Ponieważ głowa i szyja były poza leżącym płotem to prostu wyślizgnąłem się z płaszcza i zostawiłem go w plątaninie drutów.
Przebiegłem przez leje po minach, przeskoczyłem nie wysoki przestrzegający o minach pojedynczy drut na końcu pola minowego i znalazłem się na zewnątrz obozu. Teraz musiałem dostać się do lasu przede mną. Byłem tak blisko. Biegłem za ostatnimi uciekinierami. Kilka razy upadłem. Za każdym razem myślałem, że zostałem trafiony, wstawałem i biegłem dalej. 100 metrów... 50 metrów... jeszcze 20 metrów... i w końcu las. Za mną - krew i popioły. Zapadał zmrok. Karabiny i pistolety maszynowe kosiły ostatnich uciekinierów.
_____
(*) Nie było niczym niezwykłym, że hitlerowcy pomagali sobie w gromadzeniu dóbr.
(**) Na podstawie wywiadu autora z Biskubiczem, Santa Barbara, 1974.
(***) W czasie wojny nazwisko Stalina była dla Rosjan okrzykiem wojennym, synonimicznym z wolnością i zwycięstwem nad nazistami.
(****) Proces sądowy w Hagen, - Bolender, vol., ss. 808-809. Dubois, który przebywał przez miesiąc w szpitali w Chełmie. W czasie jego procesu w Hagen, 1965 z goryczą lamentował nad utartą oka.