
![]()
28 kwietnia 1943 roku przyjechał do Sobiboru transport z 200 Żydami z Izbicy. Ponieważ obóz się rozbudowywał, hitlerowcy wyjątkowo wyselekcjonowali 40 ludzi do pracy. Ci Żydzi przynieśli do ścisłe izolowanych od reszty świata więźniów Sobiboru, oszałamiająca wiadomość o żydowskim powstaniu w warszawskim getcie. O podpalonych czołgach i zabitych Niemcach. To była mobilizująca nas wiadomość.
Utworzył się zalążek nowej konspiracji. Jej przywódca był Leon Feldhendler, 33-letni syn rabina, właściciel młyna i były Prezes Judernatu w Żółkiewce, miasteczku leżącym we wschodniej Polsce (*). Liczba wtajemniczonych została ograniczona do absolutnego minimum.
Feldhendler zdawał sobie sprawę, że obecność wyszkolonych oficerów, Żydów z Armii Sowieckiej stwarzała nowe możliwości. Uwagę Feldhendlera zwrócił wysoki mężczyzna w mundurze porucznika Armii Czerwonej. Nazywał się Aleksander (Sasza) Aronowicz Peczerski, miał około 35 lat i pochodził z Rostowa nad Donem. Leonowi udało się przekonać Saszę do współpracy.
10 października organizacja była już skonsolidowana. O planie ucieczki wiedziało mniej niż 10% wszystkich Żydów znajdujących się w tym czasie w obozie (około 550 osób). Chociaż Leon był inicjatorem ucieczki i przywódcą to rzeczywistym liderem stał się jednak Sasza, odpowiedzialny za planowanie szczegółów technicznych, wojskowych i przeprowadzenie akcji powstańczej.
Powstanie zostało podzielone na trzy etapy:
Etap I [15:30 -16:00]: Przygotowanie zespołów bojowych
Etap II [16:00 - 17:00]: Cicha eliminacja hitlerowców.
Etap III [17:30]: Mobilizacja wszystkich więźniów do otwartego powstania i ucieczki.
W fazie przygotowawczej członkowie podziemia mający dostęp do magazynów i sortowni mieli wynieść stamtąd ukryte w ubraniu noże i siekierki i przenieść je na stanowisko dowództwa konspiracji. Putzerzy oraz dziewczęta z Lagru IV, sortujące amunicję zabraną Sowietom, mieli w miarę możliwości wykraść broń i amunicje potrzebną w otwartym ataku.
Zakładano, że etap drugi będzie stosunkowo mniej niebezpieczny. Niemcy dozorujący pracujące grupy często opuszczali swoje stanowiska, aby napić się kawy czy też z innych powodów. Jeżeli więc jakiś Niemiec zauważyłby brak swojego (zabitego już) kolegi na posterunku, to nie wzbudziłoby to jego niepokoju. Jednak zbierając się na codzienny apel wieczorny na placu obozowym, z całą pewnością odkryją podejrzaną nieobecność swoich towarzyszy. W tym czasie jednak nie miałoby to większego znaczenia, ponieważ otwarty atak miał już być w toku.
Zwabieni Niemcy mieli być zabici w warsztatach szewskim i krawieckim w Lagrze I. Kierownicy tych warsztatów musieli tak zaplanować i umówić przymiarki hitlerowców, a w rzeczywistości egzekucje, aby czas ich wykonania pasował do całego, ogólnego planu. Esesmani mieli być zabijani, co kilka minut. Egzekucje w obozie miały się odbyć w magazynach i w budynku, w którym znajdował się piec, w którym autor palił dokumenty i nieużytecznych odpadki po zamordowanych.
Plan, ogólnie rzecz biorąc, polegał na tym, aby w ciągu godziny zabić jak najwięcej Niemców i Ukraińskich wartowników, potem mobilizacja pozostałych więźniów i przystąpienie do szturmu na bramę główną. W opracowaniu szczegółów planu znaczącą rolę odegrała pewność hitlerowców i przeświadczenie o absolutnej władzy i kontroli nad ujarzmionymi Żydami. Istotną rolę odegrała też możliwość przewidzenia codziennego rozkładu zajęć Niemców. To, na czym się oparliśmy to ich chciwość i powszechnie znana niemiecka punktualność. Na swoją egzekucje mieli być zwabieni pod pretekstem znalezienia przy sortowaniu cennej biżuterii, czy skórzanych płaszczy ich rozmiarów.
Otwarte powstanie było najniebezpieczniejszym etapem planu. Sukces zależał od tego ilu Niemców zginie w fazie początkowej, jaką bronią będą dysponować więźniowie, oraz od tego, w jakim stopniu uda nam się zaskoczyć strażników zarówno w obozie, jak i na wieżach strażniczych.
Wybrano sześć trzyosobowych grup bojowych. Zadaniem kapo Pożyckiego i Bunia było przeprowadzenie tych ludzi do wyznaczonych zasadzek na Niemców. Wyznaczono również grupę więźniów mających zaatakować skład broni. Wszyscy oni mieli być uzbrojeni w noże i siekiery, schowane pod paskami spodni i przykryte marynarką, aby nie rzucały się w oczy.
Kilku młodych więźniów miał pełnić odpowiedzialne funkcje łączników. Na ich barkach spoczywały zadania zwabienie Niemców w pułapkę oraz okazyjna kradzież broni. Z powodu funkcji, jakie oficjalnie pełnili mogli poruszać się po obozie bez specjalnie ścisłej kontroli ze strony hitlerowców. Mieli dostęp do miejsc strategicznie ważnych dla podziemia, włączając w to kwatery Niemców, kantynę i spalarnię rzeczy należących do pomordowanych ofiar.
Wszystkie przygotowawcze zabiegi miały być zakończone do godziny 16:00. O tej godzinie druty telefoniczne miały być odcięte na dwóch końcach, oraz w części środkowej, która miała być ukryta by uniemożliwić Niemcom ponowne, szybkie połączenie linii. Następnie miała się rozpocząć eliminacja personelu SS. Wszyscy Niemcy w zasięgu możliwości więźniów mieli zostać skrycie zlikwidowani. Dlatego też, aby cała akcja nie wyszła na jaw, na tym etapie powstania nie można było używać zdobytej broni. Co najważniejsze, obóz musiał wyglądać jak zwykle, wszystko musiało iść zgodnie z normalnym, rutynowym rozkładem dnia. Nawet zachowanie kapo będących w konspiracji nie mogło się zmienić. Leon zalecił im używania pejczy, jak co dzień, dopóki wszyscy więźniowie nie wrócą o 17:00 do swoich kwater w sektorze I.
Chwilę przed 17:00, elektryk Walter Schwarz, niemiecki Żyd, miał uszkodzić generator zasilający obóz w energię elektryczną. Jeżeli do tego czasu wszystko poszłoby dobrze, Pożycki miał, trochę wcześniej niż zwykle, zagwizdać na apel. Żydzi uformowaliby kolumny, jak co dzień, ale zamiast czekać na Niemców, zostałoby ogłoszone dla wszystkich otwarte powstanie. Planowano spokojny marsz aż do bramy głównej obozu. Zakładaliśmy, że strażnicy przypiszą takie śmiałe posunięcie rozkazowi niemieckiemu i uznają, że zorganizowany marsz więźniów wiąże się z jakąś wyznaczoną pracą. Celem tej operacji było zbliżenie się do bramy głównej bez wzbudzania podejrzeń. Następnie miało dojść do szturmu na bramę i pokonanie strażników.
Specjalna grupa miała odłączyć się od kolumny głównej i zaatakować skład broni. W czasie walk więźniowie mieli krzyczeć do Ukraińców, aby nie strzelali, bo Niemcy przegrywają wojnę i powinni uciekać razem z Żydami.
Elementem kluczowym była ścisła tajemnica. Nikt nie mógł nabrać cienia podejrzenia o tym, co się miało zdarzyć; nawet Żydzi spoza konspiracji. Podziemie zdecydowało, że gdyby któryś ze współwięźniów zacząłby utrudniać czy przeszkadzać w przeprowadzeniu jakiegokolwiek manewru powstania, to ma być wyeliminowany. Bolesnym był fakt, że nie było żadnego względnie bezpiecznego sposobu na skontaktowanie się z Żydami w Lagrze III.
Nic nie zakłóciło poranka 13 października 1943 roku: wszystko przebiegało zgodnie ze zwyczajnym rozkładem dnia. Jednakże około południa nieoczekiwanie przyjechali do Sobiboru Niemcy z Osowa, bliskiego obozu pracy. Początkowo przestraszyliśmy się, że konspiracja została odkryta, ale śmiechy i pijackie śpiewy Niemców rozproszyły nasz niepokój. Jednak ucieczka została odłożona na następny dzień 14 listopada.
_____
(*) Sasza Peczerski w swoich wspomnieniach, prawdopodobnie z powodu krótkiego pobytu w Sobiborze, zapomniał imiona wielu ze współ konspiratorów i nazywał Leona „Baruch". Kwestie te wyjaśniłem w moim wywiadzie z Peczerekim.