Proces eksterminacji podlegał dwóm skryptom: Żydzi polscy wiedzieli czego mogą się spodziewać i dla nich nie przygotowywano żadnych pozorów czy przemówień. Wobec polskich Żydów stosowano bezwzględny terror, krzyki i bicie. Wszystko działo się w błyskawicznym tempie, co powodowało chaos i nie pozwalało na chwilę zastanowienia się. Krzykiem zmuszali do posłuszeństwa, strzelając z miejsca za próbę sprzeciwu.

Zagranicznych Żydów nieznających swego losu przyjmowano z zakłamaną opieką, a nawet grzecznością aż do wrót komór gazowych. Następujący opis ilustrujący los typowego transportu około 2.500 Żydów Holenderskich. Pokazuje, w jaki sposób tak łatwo mordowano miliony.

Fragmenty z mojego pamiętnika opisują przybycie transportu holenderskiego (*):

Pociąg pasażerski przyjeżdżał zwykle bardzo wcześnie rano, około godziny 3.00. Stawał na zewnątrz obozu, na małej, opuszczonej stacji pośród dzikiego lasu. Z zewnątrz niczym nie różnił się od jakiegokolwiek innego pociągu. W środku wszystkie miejsca były zajęte. W obozie w Westerbork, w Holandii, zadbano o komfortowe warunki podróży. W pociągu byli lekarze i pielęgniarki dla chorych, oraz opiekunki dla dzieci i inwalidów. Nie brakowało jedzenia i środków medycznych.

Odłączono osiem do dziesięciu wagonów i przepchnięto je na boczny tor prowadzący do obozu [1]. Lokomotywa wyjechała i bramę zamknięto. Niemcy oraz strażnicy ukraińscy ustawili się na swoich miejscach i czekali. W pobliżu stała grupa 20 młodych Żydów ubranych w niebieskie kombinezony i czapki kroju niemieckich oddziałów górskich, oznaczone emblematem „BK", (Bahnhofkommando - Oddział Kolejowy). Na sygnał hitlerowców otwierali oni drzwi wagonów kazali ludziom wysiadać, pomagając przy ciężkich bagażach.

Aby nic nie zakłócało sprawnego przebiegu całej operacji, osobom chorym, niedołężnym, starcom i osieroconym dzieciom oraz innym, niezdolnym do samodzielnego poruszania się kazano stanąć z boku i czekać. Następnie, tłum po zostawieniu bagaży, został uformowany w grupy liczące około 500 osób. Kolumny te ruszyły stopniowo w kierunku długiego baraku używanego uprzednio jako wojskowa stajnia, z dużymi bramami po przeciwnych końcach [31], do jednej ze ścian dołączone były 3 mniejsze baraki. Po wejściu do baraku ośmiu robotników żydowskich kazało przybyłym by zostawili trzymany jeszcze drobny bagaż i torebki. To wywołało zdziwienie na kilku twarzach. W torebkach były prywatne dokumenty, pieniądze, biżuteria, lekarstwa, etc. i trudno było się z nimi rozstać. Kiedy grzeczna perswazja nie poskutkowała, hitlerowcy zaczynali bić. Wówczas reszta, zakłopotana i oszołomiona, posłusznie wykonywała rozkazy. Gdy barak opustoszał, grupa Gepacketragers (tragarzy bagażowych) szybko rzuciła wszystko do koców, otworzyła drzwi przyległych baraków i [32] wrzuciła zawartość na stoły sortownicze, gdzie więźniarki sortowały napływające łupy. Każdy portfel czy torebka były opróżniane na stole, a ich zawartość wrzucana do odpowiednich pojemników: pieniądze, szczotki, szminki, etc. Na końcu zebrano dokumenty, zdjęcia i inne papiery i zaniesiono je do pieca. Puste torebki przeniesiono do magazynu walizek.

W tym czasie ofiary prowadzono na zadaszone podwórze [33]. Tutaj oszustwo było doprowadzone do niewiarygodnej, szatańskiej wprost perfekcji. Na nadchodzących czekał już SS-Oberscharführer Hermann Michel, 35-letni Niemiec o dziecięcej twarzy, z powodu swoich elokwentnych przemówień nazywany „Księdzem". Zajął swoje zwykłe miejsce na balkonie magazynu żywnościowego [34]. Spokojnym, przekonującym głosem powitał zebranych Żydów i przeprosił za niedogodności podróży. Wyjaśnił, że z powodu nadzwyczajnych warunków sanitarnych niemożliwe jest natychmiastowe zapewnienie im godziwego wypoczynku po męczącej jeździe pociągiem. Najpierw muszą wziąć prysznic i poddać się dezynfekcji. Zapewniał, że potem, dopóki wojna się nie skończy, wszystkie osoby zdolne do pracy będą za wynagrodzeniem pracować i mieszkać ze swoimi rodzinami.

Zachęcił wszystkich do skorzystania z przygotowanych kart pocztowych i napisania kilu słów do swoich najbliższych w Holandii, aby zapewnić ich, że wszyscy mają się dobrze i są w pięknym miejscu. Czasami wspominał o planie utworzenia w Sobiborze żydowskiego miasta - Judenstadt. Spokojne przemówienie dobrze wychowanego, uprzejmego i życzliwego esesmana poskutkowało. Ludzie ochoczo sięgnęli po karty pocztowe ciesząc się, że mogą napisać do swoich rodzin. Nie mieli pojęcia, że kartki pocztowe są pułapką, całkowitą blagą, mającą zmylić i uspokoić następne transporty (**). Gdyby tylko ogrodzenie z prawej strony było przezroczyste, nieświadomi swojego losu ludzie zobaczyliby stosy odzieży pozostawionej przez ich poprzedników. Ciepłe jeszcze ubrania czekały na ranną zmianę - wtedy miały być posortowane i zapakowane.

Po zebraniu kart został wydany grzeczny rozkaz zdeponowania obrączek i pozostałej biżuterii w małej budce stojącej zaraz na początku alei zwanej przez Niemców Himmelfarthstrasse („Droga do nieba") [35]. Czasami SS-Oberscharführer Alfred Ittner albo inny hitlerowiec, rozdawał numerki, stwarzając tym samym iluzję bezpieczeństwa. Kobiety (kobiety i mężczyźni rozbierali się osobno) - przechodziły dalej przez wąska aleję pomiędzy ogrodzeniem z drutu kolczastego w kierunku trzech połączonych w całość baraków, oddalonych o około 100 metrów [45] W pierwszym baraku zostawiali buty i palta, w drugim rozbierali resztę odzieży i przechodzili nago do trzeciego baraku. Tutaj grupa więźniów, ironicznie nazywanych „fryzjerami" obcinała włosy nagim kobietom. Działo się to szybko, kilkoma nerwowymi cięciami nożyc. Czasami młode dziewczyny, wyraźnie zawstydzone, błagały fryzjerów, aby nie cięli zbyt krótko. Były pewne, że zaraz będzie prysznic. Całą operację nadzorował Niemiec stojący z pejczem w ręku na środku pokoju; sprawdzał czy fryzjerzy nie rozmawiają z ofiarami. To nie było konieczne. Ofiary i tak by nie uwierzyły. To, co więźniowie mogliby im powiedzieć przekraczało najbardziej szalone i niesamowite wyobrażenia. Hitlerowcy ograbiali je z całego dobytku, pozbawili nawet włosów, a teraz byli gotowi zabrać im życie. Komory gazowe były oddalone o zaledwie cztery metry. Nieświadome niczego, z pełną naiwnością podchodziły do otwartych drzwi i były brutalnie pakowane do komór [51]. Prawdopodobnie dopiero wtedy zaczynały cos podejrzewać. Ale jestem przekonany, że ciągle nie zdawały sobie sprawy ze strasznej prawdy - nawet z pierwszym wdechem gazu.

Mężczyźni rozebrali się na podwórzu. Nalegano, aby porządnie poskładali ubrania, a buty związali sznurowadłami - miało to ułatwić ich późniejsze odnalezienie. Kiedy skończyli, zostali poprowadzeni przez członka niemieckiego personelu (w grupach liczących od 50 do 100 osób), przez tę samą wąską aleję. Również minęli małą budkę z napisem „Kasse" (Kasjer), gdzie złożyli obrączki i biżuterię. Ponieważ mężczyznom nie obcinano włosów, prowadzono ich wprost do komór gazowych, omijając bokiem barak fryzjerów.

Moshe Szklarek, jeden z Putzerów (służących), pracujących w niemieckiej kantynie słyszał jak SS-Oberscharführer Bauer, odpowiadający za gazowanie Żydów, naśmiewał się z „głupich Żydów". Bauer opowiadał swoim kompanom o incydencie, w którym naga kobieta zapytała esesmana zamykającego drzwi komory gazowej: „Co ten oficer robi w tym oknie na dachu? Jak możemy się myć, jeżeli on tu zagląda?" Bauer i jego drużyna ryknęli śmiechem. Silnik znajdujący się w komorze za komorami gazowymi, włączali SS-Oberscharführer Bauer i Ukrainiec Emil Kostenkow [52]. Wkrótce, ponad warkotem silnika, dał się słyszeć przeraźliwy krzyk tłumiony grubymi ścianami komory. Początkowo krzyk był głośny i przerażający. Po pięciu minutach uciszył się i w końcu zaległa martwa cisza.(***)

W tym czasie następna grupa Żydów zbliżała się do podwórza, na którym SS-Oberschartührer Michela miał wygłosić kolejną gładką przemowę. Do idących z całą pewnością docierały krzyki mordowanych, ale zmieszane z hukiem silnika brzmiały jak odgłosy odległej burzy. Tylko więźniowie, skamieniali z przerażenia, znali prawdę.

Na końcu. Kiedy wszyscy z transportu znikli z pola widzenia, pozostawionych przedtem kalek, starców i dzieci wrzucono bezceremonialnie na wywrotki i odwieziono bezpośrednio na teren krematorium w sektorze III. Tam, w pobliżu krematorium przeprowadzono egzekucję strzelając w tył głowy. W początkowym okresie egzekucje na niepełnosprawnych przeprowadzono w tzw. „Lazarecie", kapliczce w sektorze II.

Ci nieszczęśni ludzie, zanim zostali zabici, doświadczali niewiarygodnych wprost tortur psychicznych. Do Sobiboru przybyli zmęczeni, ale zadowoleni, że długa podróż ostatecznie dobiegła końca. Czysty peron otoczony kwiatami, willa, oraz dobrze ubrani ludzie, nie wzbudzały żadnych podejrzeń. Niektórzy próbowali nawet dawać napiwki pomagającym. Nic nie zdradzało ich straszliwego przeznaczenia, mającego się dopełnić w najbliższych minutach. Po przybyciu do sektora III, zamiast obiecanej opieki medycznej, ujrzeli przed sobą stos palących się ciał. Zmuszeni do czekania na swoją kolej byli świadkami egzekucji swoich towarzyszy. Słychać było rozdzierające krzyki.

Silnik stanął. Drzwi komory gazowej otworzyły się na oścież i odsłoniły tłum stłoczonych postaci. Ściśnięte i sczepione razem ciała wyglądały jak posągi. W komorach gazowych panował ogromny tłok, nie było miejsca na to, aby ciała upadły. Można było rozpoznać rodziny trzymające się za ręce. Specjalna grupa więźniów rozdzielała ciała i niosła na prymitywnych noszach do grobów [54]. Inna grupa szybko czyściła komorę z krwi, moczu oraz innych śladów tego, co się stało. W krótkim czasie komora gazowa była gotowa na przyjęcie następnej grupy niczego niepodejrzewających ofiar.

Proces pozbywania się ciał przebiegał bardzo sprawnie. Grupa zwana „Leichekommando", pod czujnym okiem esesmanów, umieszczała ciała na noszach. Zwłoki układano zgodnie z ich wagą i rozmiarem, aby sanitariusze mogli szybko biegać nie tracąc czasu przy załadunku. W późniejszym okresie zwłoki rzucano na wywrotki i dowożono do palenia.

Przed złożeniem ciał na stosach grupa „dentystów" wyciągała z ust zagazowanych ofiar złote zęby. W poszukiwaniu jakichś cennych rzeczy przeszukiwano również inne jamy ciał pomordowanych. Wszystko to odbywało się w niesamowitym tempie [54].

Ogień rozpalano drewnem dostarczanym codziennie przez Waldkommando, którego jedynym i wyłącznym zajęciem było ścinanie drzew na potrzeby krematorium. W końcu „Aschkolonne" (robotnicy zajmujący się popiołem) zbierali popioły i przesiewali je przez druciane sita. Częściowo spalone kości były miażdżone młotami. W ten sposób, w ciągu zaledwie kilku godzin, transport składający się z około 3,000 ludzi został zredukowany do pyłu.

Śmiertelny cykl został zakończony w sektorze II, gdy więźniowie posortowali pozostałe ubrania [42, 43]. Gwiazdy Dawida, które musiały obowiązkowo znajdować się na ubraniu każdego Żyda, byty usunięte, kieszenie opróżnione, a każdy szew sprawdzony w poszukiwaniu ukrytych kosztowności. Potem ubrania były pakowane w pęki po dziesięć sztuk i składane w magazynie.

Dokumenty osobiste - zdjęcia, dyplomy, modlitewniki i tak dalej - były palone w otwartym dole. Odpowiadało za to dwóch chłopców, Meir Ziss i Szmul Wajcen. W połowie 1943, kiedy w pobliżu sortowni zbudowano specjalny piec ja zostałem mianowany jako „Feuermajster" (Ogniomistrz) [46].

I tak, wyniszczenie transportu Żydów dobiegło końca. Ludzi zabito, ich dobytek posortowano i zmagazynowano, dokumenty zniszczono. Tak, jakby nigdy ich nie było.

_____

(*) Numery w nawiasach odnoszą się do planu Sobiboru.

(**) Zeznanie Ilany Safran, alias Ursula Stern-Buchheim. Po wojnie odnalazła kartę pocztowa, która wysłała z Sobiboru.

(***) Niektórzy byli więźniowie Sobiboru wspominają ze w czasie gazowania, Niemcy przestraszali stado gęsi aby swym gęganiem zagłuszyć krzyki duszonych w komorach. Ja pracując w sektorze II tego nie słyszałem. Natomiast bardzo wyraźnie dobiegały do mnie przedśmiertelne krzyki ofiar.

 

Plan obozu wykonany przez Tomasza Blatta na podstawie dokumentów sądowych:

szkiców SS-manów Bolendera, Bauera, oraz byłych więźniów.