
![]()
Alexander (Sasza) Aronowich Peczorski
urodził się 22 lutego 1909 roku w Kremenczuku, Rosja. W 1915 roku jego średnio
zamożna rodzina przeniosła się do Rostowa nad Donem, gdzie później Sasza
studiował muzykę i teatr. Po otrzymaniu dyplomu pracował jako reżyser w sieci
tak zwanych „Domów Kultury" gdzie organizował teatry amatorskie. W 1941 roku, na
początku wojny został powołany do armii jako młodszy oficer. We wrześniu tego
samego roku awansował na froncie do stopnia porucznika i pracował w sztabie
batalionu i dywizji. Miesiąc później, ranny, dostał się w okolicach Wiążmy, do
niewoli niemieckiej.
W maju 1942 roku Niemcy wysłali go do obozu karnego w Borysowie, co stanowiło odwet za nieudaną próbę ucieczki. Kiedy wyszło na jaw jego żydowskie pochodzenie, został przekazany w sierpniu 1942 roku do obozu pracy SS w Mińsku. 18-go września 1943 roku, komendant SS Waks wygłosił krótkie mowę zapewniając, że będą przeniesieni do Niemiec, do pracy. Więźniowie otrzymali po trzysta gramów chleba i zaprowadzono ich na stację kolejową. 23 sierpnia 1942 roku transport wyjechał do Sobiboru.
Po wojnie, zdemobilizowany z Armii, wrócił na Ukrainę gdzie połączył się z córka. Wkrótce jednak został aresztowany. Władze Sowieckie nie uwierzyły jego historii i zadecydowali ze przeżył wojnę jako zdrajca ojczyzny.
Nigdy nie zapomnę Saszy. Widzę go, stojącego ze mną i Szlomo, przed drutem kolczastym otaczającym obóz, gdy inny więzień siekierka z zaciekłością przecinał ogrodzenie. Panował potworny zgiełk - wszędzie słychać było terkot karabinów maszynowych i wybuchy granatów, wielu Żydów padło. Sasza miał tylko rewolwer w ręce, bezużyteczny wobec przewagi uzbrojonych strażników na wieżach obserwacyjnych. Później, leżąc pod zwalonym płotem kolczastym, straciłem go z oczu. Ponownie pojawił się znowu, na bardzo krótko, jako gdy krążyliśmy po lesie.
Sasza i jego żona Olga czekali w głównej sali lotniska. Nie widziałem go od naszego rozstania w lesie 37 lat temu, ale rozpoznałem go natychmiast. W chwilę potem znalazłem się w tradycyjnym rosyjskim, niedźwiedzim uścisku. Mimo swojego wieku, Sasza wciąż miał wyprostowaną i młodzieńcza sylwetkę. Taksówka zabrała nas prosto do hotelu. Wieczorem Sasza zabrał mnie na kolację do siebie do domu. Po krótkim spacerze stanęliśmy przed starym, drewnianym domem. Drzwi wejściowe wiodły przez wąski korytarz do dwóch małych pokoi po prawej stronie. Po drugiej stronie korytarza mieszkała lekarka, sąsiadka Olgi i Saszy, z którą mieli wspólną kuchnię i ubikację. Mebli było niewiele: stół, kilka krzeseł. Jeden róg pokoju oddzielony był od pozostałej części pomieszczenia prześcieradłem przerzuconym przez sznurek, tworząc w ten sposób alkowę, za którą znajdowało się lustro oraz półka z brzytwą do golenia i kilkoma innymi akcesoriami toaletowymi. Po kolacji zaczęliśmy wspominać.
TOM: Czy z początku zdawałeś sobie sprawę z tego, co się działo w Sobiborze?
SASZA: Wieczorem, w dniu naszego przyjazdu, zapytałem jakiegoś więźnia o dym wydobywający się zza ogrodzenia w północnej stronie obozu. Spojrzał na mnie i odpowiedział rzeczowym tonem: „Ludzie, z którymi przyjechałeś? Opuszczają Sobibór w dymie." Od niego dowiedziałem się prawdy na temat fabryki śmierci, ale pracując w lesie byłem oddalony od bezpośredniego kontaktu z morderstwami dopóki... (jego głos załamał się, a po policzkach potoczyły się łzy, to samo zdarzyły się kilka lat później, gdy spotkaliśmy się w Moskwie) dopóki pracując w lesie nie usłyszałem wśród dochodzących zza wzgórza głośnych i oszalałych krzyków, głosu dziecka wołającego rozdzierająco - Mama, mama! Wtedy zdałem sobie sprawę, że pracowałem w pobliżu komór gazowych i pomyślałem o mojej córce Eloczce, którą zostawiłem na wsi na Ukrainie.
TOM: Jak sądzisz, dlaczego konspiratorzy wybrali ciebie na organizatora powstania?
SASZA: Nie wiem. Może, dlatego, że wciąż nosiłem czapkę oficerską albo, dlatego, że zauważyli moje bliskie kontakty z innymi byłymi żołnierzami. Najprawdopodobniej, dlatego, że jednym z moich najbliższych kolegów z Mińska był polski Żyd Shlomo Leitman, stolarz meblowy z Warszawy, który w jakiś sposób zorganizował mój kontakt z organizacja, polecając mnie Baruchowi [Leon Feldhendler - T.B.] jako oficera wojskowego mogącego poprowadzić powstanie. W tym czasie ucieczkę planowało kilku byłych więźniów wojennych, kierowanych przez innego więźnia o imieniu Grisza Leitman i my wiedzieliśmy o tym i usilnie zabiegaliśmy o połączenie ich wysiłków z organizacja masowej ucieczki. Wymagało to nieco tłumaczenia i perswazji, ale udało się.
TOM: Wierzyłeś w sukces powstania?
SASZA: Nie mieliśmy wyboru. Walka dawała nam szansę, bardzo słabą, ale wciąż szansę, nadzieję. Tutaj byliśmy skazani na śmierć. Jako żołnierz zdawałem sobie sprawę, że atak z zaskoczenia może być tak samo skuteczny jak dywizja żołnierzy. Wiedziałem, że jeżeli zdołamy utrzymać tajemnice do ostatniej chwili przed wybuchem, to powstanie będzie sukcesem już w osiemdziesięciu procentach. Największym niebezpieczeństwem była zdrada. Z tego powodu do spisku włączyliśmy tylko kilkudziesięciu pewnych więźniów, na których mogliśmy polegać. Biorąc to pod uwagę, nie jest zadziwiające ze wielu ludziom udało się początkowo uciec. Sukces naszego przedsięwzięcia był zaskoczeniem nawet dla mnie. Kiedy zastanawiałem się nad tym później, to doszedłem do wniosku, że hitlerowcy po prostu zlekceważyli nas, Żydów, wierząc w swoją własną indoktrynację o „podludziach”. Traktowali nas jak istoty niższe, niezdolne do podjęcia takiej operacji. Byli bardzo zadufani sobie, a to spowodowało ich klęskę.
TOM: W Sobiborze widziałem jak kilka razy rozmawiałeś z Luką niemiecką dziewczyną z holenderskiego transportu. Dość często wymieniasz ją w swoim pamiętniku. Wywarła na tobie trwale wrażenie.
SASZA: Tak, Luka przyjechała do Sobiboru z ojcem, miała zaledwie osiemnaście lat, była bardzo inteligentna i mądra. Chociaż nasze spotkanie było początkowo zaaranżowane przez Shlomo i znałem ją zaledwie dwa tygodnie, to nigdy jej nie zapomnę. Nie byliśmy parą jak zdarzało się między młodymi ludźmi w obozie. Luka była moją inspiracją - natchnieniem. Na początku, z powodu problemów językowych, nasza komunikacja była utrudniona. Jednak wkrótce udało nam się porozumiewać bez pomocy innych. O planie ucieczki powiedziałem jej na krotko przed wybuchem powstania. Dała mi koszulę, mówiąc, że to koszula na szczęście i musze ja od razu ubrać. Tak zrobiłem. Teraz jest w muzeum. Lukę straciłem z oczu w zgiełku powstania i nie zobaczyłem jej już nigdy więcej.
TOM: Napisałeś, że atak na skład broni zakończył się niepowodzeniem. W dokumentach widziałem zeznania Dubois, które mówią coś innego.
SASZA: Tak, wiem. Zapewne było tak, że skład broni zaatakowała jeszcze jedna grupa, o której nie wiedziałem. I to tej grupie się udało.
Nie było najmniejszej wątpliwości - dla mnie i reszty ocalałych Sasza był bohaterem. Wszyscy zgadzali się, że gdyby nie było z nami Saszy, żaden Żyd nie przeżyłby Sobiboru. Mimo to, chciałem - musiałem zadać Saszy kłopotliwe pytanie.
TOM: W swoich wspomnieniach mówiąc o swoim odejściu w lesie od reszty uciekinierów zamykasz całą tę sprawę w kilku słowach. „Zdawaliśmy sobie sprawę, że kontynuowanie ucieczki w tak ogromnej grupie nie miało sensu, dlatego podzieliliśmy się na małe oddziały i każdy z nich poszedł własną drogą." Wiesz Sasza, że nadzieja i zaufanie trzymały mnie blisko ciebie. Po twojej przemowie przed ucieczką straciłem cię na chwilę z oczu, aby ponownie spotkać cię przy drucie kolczastym. Potem znowu straciłem cię z pola widzenia, po to by znaleźć cię w lesie. Byłem z tobą aż do twojego odejścia i ja widzę je inaczej. Czoło Saszy pokryła zmarszczka, i spojrzał na mnie przenikliwym wzrokiem. Sasza, proszę, nie zrozum mnie źle. Jestem tutaj żywy, dzięki tobie, dzięki tobie wielu z nas, zamiast skończyć, w Sobiborze, ma rodziny, dzieci, wnuki. Gdybyś mieszkał na Zachodzie, byłbyś podziwiany przez niezliczone tysiące ludzi. Chciałbym wiedzieć, dlaczego nie zorganizowałeś z nas grupy partyzanckiej? Byliśmy ludźmi z Piekła śmiertelnie zdeterminowanymi, głównie z chęcią krwawego odwetu za naszych najbliższych. Jak teraz wiadomo, na tym samym terenie działali partyzanci żydowscy (*). Proszę, powiedz, czy konieczne było opuszczenie nas w ten sposób - fortelem. Obiecywać, że wrócisz po krótkim zwiadzie i może kupisz trochę żywności. Ufaliśmy ci, byłeś naszym bohaterem, nikt inny. Dlaczego nie powiedziałeś nam prawdy? SASZA: Moja rola była skończona Wy byliście polskimi Żydami na własnym terenie. Ja należałem do Związku Radzieckiego i wciąż uważałem siebie za żołnierza. Sądziłem, że mniejsze grupy miały większe szansę przeżycia. Powiedzieć ludziom prosto z mostu „Musimy się rozdzielić" nie miało sensu. Chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że poszliby za mną w krok w krok i zginęlibyśmy wszyscy.
TOM: Mogę zrozumieć, że nie powiedzenie nam prawdy było być może konieczne, bo inaczej nie pozwolilibyśmy ci odejść, ale dlaczego zabrałeś ze sobą wszystkich uzbrojonych mężczyzn? Zostawiając nas z jednym tylko karabinem, który jeden z twoich ludzi próbował nawet odebrać Shlomie siłą, wycofując się dopiero po wielkim krzyku z naszej strony. I tak twoi ludzie mieli całą broń, a my, ponad 50 osób, zostaliśmy z jednym karabinem. A żeby jeszcze tego było mało, twoi ludzie zebrali pieniądze na zakup jedzenia dla reszty. Dla nas to było zwyczajnie nieuczciwe.
SASZA: Tom, co mam ci powiedzieć, byłeś tam. Byliśmy tylko ludźmi. W grę wchodziły podstawowe instynkty. To ciągle była walka o przetrwanie. Pierwsze słyszę o zbiórce pieniędzy. Był bałagan, zamieszanie i wrzawa - trudno było mieć kontrolę nad wszystkim. Przyznaję, że widziałem dysproporcje w podziale broni, ale musisz zrozumieć - raczej umarliby niż rozstali się ze swoją bronią. Nic więcej nie można było powiedzieć na ten temat i skierowałem rozmowę na jego życie w partyzantce i Związku Radzieckim.
TOM: Powiedz, co się stało, kiedy odeszliście.
SASZA: Z pomocą miejscowego chłopa przekroczyliśmy nocą z 19 na 20 października rzekę Bug i weszliśmy na teren mojej ojczyzny, Związku Radzieckiego. Dwa dni później spotkaliśmy partyzantów Woroszyłowa i przyłączyliśmy do nich walcząc za niemieckimi liniami sabotując ich transporty i niszcząc małe garnizony. Moi przyjaciele Cybulski i Szubajew (Kali-Mali) zostali zabici. Tak szybko jak to było możliwe ponownie przyłączyłem się do Armii Czerwonej. W sierpniu 1944 roku zostałem ciężko ranny w nogę. Otrzymałem medal za męstwo i jako cywil powróciłem do mojej starej pracy nauczyciela muzyki. Ale nie na długo...
TOM: Byłeś przywódcą najbardziej udanego powstania więźniów hitlerowskich w czasie II wojny światowej. Wielu ludzi zawdzięcza ci życie. Czy doczekałeś się ze strony swojej ojczyzny szacunku i dowodów uznania za swoje czyny?
Sasza wstał i podszedł do drzwi prowadzących na korytarz, otworzył je, rozejrzał się i powrócił bez słowa. Ponieważ przez wiele lat mieszkałem pod rządami komunistów w Polsce, rozumiałem jego ostrożność, mimo tego, że jego sąsiadka, lekarka mieszkająca po przeciwnej stronie korytarza, była wieloletnim przyjacielem i mieszkała w tym samym mieszkaniu przez ponad dwadzieścia lat. Jego głos przeszedł w szept i przyjął sarkastyczny ton.
SASZA: Tak, po wojnie otrzymałem nagrodę. Na wiele lat zostałem wsadzony do więzienia. Zostałem uznany za zdrajcę, ponieważ poddałem się Niemcom - mimo tego, że byłem rannym żołnierzem. Po wielu interwencjach ludzi z zagranicy zostałem ostatecznie uwolniony, ale mój brat, aresztowany razem ze mną zmarł w więzieniu na skutek śpiączki cukrzycowej. Pozwolono mi wrócić do pracy w kulturze - z młodzieżą, ale już na niższym szczeblu. Byłem nawet zapraszany do szkół, aby opowiedzieć o moich wojennych doświadczeniach. Oficjalnych dowodów uznania i medalu nie otrzymałem. Nie przeproszono nawet za lata wiezienia.
TOM: Kiedy historycy piszą historię Sobiboru, ty jako lider powstania jesteś wymieniany jako podstawowe źródło informacji. W Sobiborze było stosunkowo niewielu więźniów i w większości wszyscy się znali. W twojej książce znalazłem nieznane nazwiska kapo i komendanta Sobiboru o nazwisku Berg, gdy w rzeczywistości nazwisko komendanta w tym czasie brzmiało Reichleitner. Czy jest jakiś powód tych rozbieżności.
SASZA: Kiedy w pełni zdałem sobie sprawę ze strasznego celu Sobiboru, mój umysł był przede wszystkim skoncentrowany na tym jak się stamtąd wydostać, jak powstrzymać tę machinę. Nazwiska więźniów i funkcjonariuszy Sobiboru były mniej ważne i prawdę mówiąc, poza moimi bliskimi przyjaciółmi z Mińska, nie pamiętałem ani jednego nazwiska. Byłem w obozie bardzo krótko, nie znałem dokładnych nazwisk. Aby dokończyć swoje wspomnienia zapisałem nazwiska, które zdawało mi się, słyszałem w obozie. Ale nie zmienia to prawdy o Sobiborze.
Robiło się późno, a zapowiedziano mi, że przed północą muszę wrócić do hotelu. Nadszedł czas mojego ostatniego pytania, zanim Sasza pożegnał mnie jeszcze jednym niedźwiedzim uściskiem.
TOM: Czy szukałeś zemsty walcząc po Sobiborze z Niemcami w oddziale partyzantów i w Armii Sowieckiej? Czy masz żal do swojej ojczyzny za to ze zamiast być nagrodzony wtrącili cię na długie lata niewinnie do wiezienia.
SASZA: Nie, nie szukałem zemsty. Walczyłem za moją ojczyzną jako żołnierz, a nie jako morderca.
Drugie pytanie pozostało bez odpowiedzi. Obiecałem postarać się dla niego o wizę Stanów Zjednoczonych, aby mógł mnie odwiedzić. Sowieci jednak nie wydali zgody na wyjazd Saszy. W 1987 roku ponownie zaprosiłem Saszę do Stanów, tym razem na premierę filmu Ucieczka z Sobiboru. Chociaż tym razem pozwolono mu wyjechać do Stanów Zjednoczonych, to lata zrobiły swoje i Sasza był zbyt chory na podróż przez ocean. Zmarł w 1990.
____
(*) 12 ocalałym z Sobiboru więźniom, włączając w tę grupę kobiety (Edę Lichtman, Ilanę Safrna, Katty Gokkes i Ulę Stem), udało się dotrzeć i dołączyć do żydowskiej grupy partyzanckiej Chila Grynszpana.